| Zdjęcie z testu pierwszej radzieckiej bomby atomowej w 1949 r. / fot. wikipedia.org |
Grudzień 2011 r, moskiewskie lotnisko Szeremietiewo. Podczas rutynowej kontroli pasażerów lotu z Moskwy do Teheranu, służby celne zatrzymują młodego mężczyznę. W swoim bagażu posiadał aż 18 metalowych przedmiotów, ale nie to najbardziej zainteresowało strażników. System wykrywania materiałów radioaktywnych Jantar zaalarmował, że niesforny pasażer próbuje przemycić niebezpieczne ładunki. A ściślej mówiąc izotopy radioaktywnego sodu-22, który jest wykorzystywany w medycynie a zarazem może być "wytworzony wyłącznie w reaktorze nuklearnym". Żadnych dodatkowych informacji na temat zatrzymania nie podano, ale tajemnicą nie jest, że przemyt każdej substancji radioaktywnej do Iranu będzie powiązany z rozwijanym przez Teheran programem atomowym.
Ile razy udało się przemycić materiały promieniotwórcze z terenów byłego Związku Radzieckiego? Nie da się tego dokładnie ustalić, podobnie jak dokładnej ilości głowic jądrowych posiadanych przez rosyjską armię. W szczytowym momencie (1986 r.) ZSRR dysponowało aż 46 tys. ładunków nuklearnych. Dla porównania Stany Zjednoczone dysponowały wówczas o połowę mniejszym arsenałem. Zaledwie pięć lat później, Pierestrojka kompletnie zdemolowała radziecki porządek i z dnia na dzień stracono kontrolę nad tysiącami głowic atomowych. Cześć z nich znajdowała się na terenach byłych republik m.in. Białorusi, Kazachstanu czy Ukrainy. Ale w połowie lat 90. ubiegłego stulecia władze nowo powstałych państw całkowicie zrezygnowały z broni nuklearnej, oddając kłopotliwe głowice do Moskwy. Według statystyk Federation of American Scientists, obecnie na terytorium Rosji znajduje się 11 tysięcy głowic jądrowych ale jedna czwarta z tych zasobów jest przeznaczona na demontaż.
Mimo to, rosyjska armia posiada najbardziej rozbudowaną strategię sił jądrowych. W grudniu 2010 r. tak w skrócie przedstawiała się atomowa obrona naszych wschodnich sąsiadów: 611 strategicznych platform nuklearnych zdolnych pomieścić łącznie do 2679 głowic m.in. za pomocą rakiet Topol-M, 12 okrętów podwodnych uzbrojonych w 576 ładunki jądrowe oraz 76 myśliwców mogących wzbić się w powietrze z 844 głowicami. W sumie to daje ponad cztery tysiące ładunków nuklearnych do użycia w przypadku konfliktu militarnego. Robi wrażenie? Przynajmniej powinno, ale tajemnicą nie jest, że poradziecka technologia atomowa może okazać się zawodna w momencie ewentualnego ataku. Spośród wszystkich lokacji gdzie przetrzymywana jest rosyjska broń jądrowa, największa uwaga skupiona jest na obwód Kaliningradzki (sąsiadująca z Polską i Litwą enklawa nad morzem bałtyckim).
Przed rokiem, litewska minister obrony na antenie publicznego radia oświadczyła, że Rosja utrzymuje w obwodzie Kaliningradzkim rakiety krótkiego i średniego zasięgu z ładunkami nuklearnymi. Moskwa jednoznacznie nie odpowiedziała na te oskarżenia, co wzbudziło zaniepokojenie wśród dowódców NATO. Od kilku lat trwa wojna nerwów pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem a jej powodem są plany budowy w Europie tarczy antyrakietowej. Jej instalacja, zdaniem Kremla jest poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej a żeby to ryzyko zmniejszyć Miedwiediew wraz z Putinem grożą wycelowaniem głowic jądrowych w stary kontynent. Rosyjskie władze doskonale zdają sobie sprawę z idealnego położenia Kaliningradu i jak ważną jest kartą przetargową w negocjacja o instalację tarczy antyrakietowej (m.in. mającej chronić kraje NATO przed ewentualnym atakiem ze strony Iranu).
Nie mniej kontrowersji budzą regulacje dotyczące potencjalne zastosowania rosyjskiego arsenału nuklearnego. Obecna doktryna wojenna Federacji zakłada użycie broni atomowej w przypadku konfliktu regionalnego (np. na Kaukazie) a nawet w sytuacji wysokiego zagrożenia agresją ze strony innych państw. Uznanie ataku jądrowego jako działania prewencyjnego budzi spory niepokój zwłaszcza, że Rosja wciąż jest traktowana jako niestabilna demokracja. Ściślej mówiąc, Kreml mógłby zdetonować głowice nuklearne - jakkolwiek by to nie zabrzmiało - by w ten sposób zażegnać konfrontacji militarnej. Choć realizacja takiego scenariusza na pewno poprzedziłaby klęska dyplomatycznych negocjacji, ale mimo to, samo istnienie takiego zapisu w rosyjskiej doktrynie wojskowej budzi spory niepokój. Podobnie jak przemyt materiałów promieniotwórczych z terenów byłego Związku Radzieckiego oraz zaginione głowice jądrowe z miejscem produkcji "CCCP".
![]() |
| Barack Obama i Dmitrij Miedwiediew podpisują nowy traktat START, regulujący redukcję arsenałów nuklearnych obu mocarstw / fot. commons.wikimedia.org |
Ale mimo upływu lat, przemyt substancji radioaktywnych nie ustaje, a nawet wręcz przeciwnie - rośnie. Problem ten dotyczy głównie krajów Kaukazu (Gruzja, południowa Rosja, Azerbejdżan, Armenia) oraz Azji Środkowej (m.in. Kirgistan, Kazachstan). Od 1993 do 2006 roku Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA) potwierdziła 1080 przypadków nielegalnego handlu materiałami promieniotwórczymi na całym świecie. Spora cześć z nich została zarejestrowana na terenach byłego ZSRR. Wagę sytuacji podkreślają również dane pochodzące z Globalnego Raportu Materiałów Rozszczepialnych - w 2010 r. Rosja dysponowała ok. 737 tonami wysoko wzbogaconego uranu (HEU) i ok. 100 tonami plutonu zdolnego do zastosowań zbrojeniowych.
| Tak wygląda sztabka wzbogaconego Uranu, mogąca posłużyc do produkcji broni atomowej / fot. commons.wikimedia.org |
Dla zainteresowanych tematem:

0 Komenty:
Prześlij komentarz